niedziela, 14 października 2012

"Live While We're Young" cz.7

***

   Byłam zła. Najnormalniej na świecie zła na Louisa, że mi nie powiedział. Czemu mi nie powiedział? Czy coś by mu się stało? Czy coś by mi się stało?
   Ok, przez drugie pół drogi na lotnisko byłam wściekła, ale trochę ochłonęłam, kiedy  razem z Michaelem czekaliśmy na komunikat dotyczący mojego samolotu. Wreszcie się doczekaliśmy. Poszłam do odprawy i z wielką dumą wkroczyłam na schody prowadzące na pokład samolotu. Ledwo co zdążyłam się obejrzeć za siebie, ale zobaczyłam jeszcze w tłumie ludzi mojego narzeczonego machającego do mnie tak, jakby już nigdy więcej miał mnie nie zobaczyć.
   Weszłam na pokład, zajęłam swoje miejsce i uważnie słuchałam poleceń stewardessy dotyczących zakładania maski tlenowej. Tę regułkę znałam już na pamięć, bo kiedy byłam mała, moja mama kazała mi się pilnie przyglądać. Tak mi zostało do dziś.
   Siedziałam obok jakiejś miłej kobiety. Była Polką, pochodziła z Legnicy- miała około 40 lat. Do Anglii jechała w odwiedziny do syna. Bardzo fajnie się z nią rozmawiało. Zajęło nam to całą podróż.
   Kiedy pilot powiedział, żeby zapiąć pasy bezpieczeństwa, posłuchałam go i w znaczący sposób uśmiechnęłam się do siedzącej obok mnie kobiety. Wylądowaliśmy bezpiecznie. Wyszłam z samolotu (jedyne co miałam przy sobie to dokumenty, portfel i butelka wody) i udałam się na halę lotniska.
   Heathrow było ogromne! 3x większe niż największe polskie lotnisko. Z trudem odnalazłam się na tym lotnisku. Zauważyłam, że większość ludzi zachowywało się podobnie jak ja- zdezorientowani, chodzili to w prawo, to w lewo, jakby nie mieli co ze sobą zrobić.
   Zabrałam ze sobą swoje bagaże i złapałam taksówkę. Brytyjska taksówka- kto by pomyślał, że to właśnie ona stanie się pierwszym angielskim akcentem w tym kraju? Podałam kierowcy papierek z nazwą ulicy, na której miałam mieszkać i tak zaczęła się moja przygoda w Londynie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz