niedziela, 30 września 2012

Imagine 1D "Live While We're Young" cz.1

-No, cześć kochana, do zobaczenia wieczorem.- Odezwał się głos w słuchawce telefonu.
   Był to mój narzeczony, miał na imię Michael, pochodził ze Stanów. Znaliśmy się grubo ponad 5 lat. Zazwyczaj rozmawiałam z nim po angielsku, po polsku umiał bardzo niewiele.
   Tydzień temu wyjechał do pracy, więc zadzwonił do mnie i poinformował , że przyjedzie do mojego domu, żeby nareszcie się ze mną spotkać i odpocząć od monotonnej codzienności. Niesamowicie się ucieszyłam, bo za każdym razem kiedy wyjeżdżał, było mi nudno. Zostawałam w domu sama, tylko z moim psem, Serwusem, który skłonny był tylko do zabawy. Było około godziny 13, a ja cały czas chodziłam w piżamie. "Dość już tego!"- pomyślałam i w podskokach pognałam do łazienki wziąć zimny, orzeźwiający prysznic. Potem wsiadłam na komputer i tak jakoś minął mi cały dzień. Tak około godziny 19:30, kiedy robiło się już ciemno, zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam "Michael is calling", więc bez większego zastanowienia odebrałam i radosnym głosem powiedziałam:
-Halo?
-Hej Ania, mam 2 wiadomości. Dobrą i złą.
-Tak?
-Więc, ta dobra jest taka, że jestem już w mieście...
-To świetnie!
-A zła jest taka, że był jakiś straszny wypadek samochodowy, skończyło mi się paliwo i nie mam przy sobie ani grosza.
-I...? A może powiesz mi, gdzie jesteś?
- Jestem przy stacji benzynowej. Tej przy wylotowej.
-To genialnie!!! Kup paliwo i wpadaj!
-Ale za co, jak nie mam kasy?
-Och, faktycznie. Zapomniałam.
-Posłuchaj, skarbie. Myślę, że dam sobie jakoś radę. Prześpię tę noc na parkingu obok stacji. Wydaje mi się, że w bagażniku mam jakieś picie i ze 2 batony. Nie martw się, przeżyję ;)
-Mikey- powiedziałam do niego pieszczotliwie- kocham cię.
-Annie-odmienił moje imię po angielsku- Ja ciebie też.
-Dobranoc.
-Papa, kochana.
Rozłączyłam się i zaczęłam długo rozmyślać nad tym, co teraz będzie. Nie może być tak, że ja sobie śpię w wygodnym łóżku, w ciepłym domku, a on marznie na fotelu w aucie. Nie, stanowcze nie!
   Ubrałam się szybko w jakieś cieplejsze ubrania, wygodne buty i wzięłam trochę kasy do portfela. Wsiadłam na rower i pojechałam w stronę stacji. Na plecach miałam plecak wypchany ciepłą herbatą w termosie, trochę kanapek z żółtym serem i koc-tak na wszelki wypadek. Po godzinie drogi, wreszcie dotarłam na stację, ujrzałam Lange Rovera Michaela, ale jego samego nie zastałam. Odstawiłam rower i poszłam na poszukiwania. Było mi ciężko, bo nie miałam latarki, więc drogę oświetlałam sobie telefonem. Nie mogłam znaleźć mojego narzeczonego, więc zadzwoniłam do niego:
-Hej, gdzie jesteś?
-No na stacji, mówiłem ci.
-No tak, ale ja przyjechałam do ciebie rowerem, a cię tu nie ma?
- Jak to? Jesteś tutaj?
W tym momencie zobaczyłam Michaela wychodzącego z budynku stacji. Że też nie przyszło mi do głowy poszukać w środku! Ale nie ważne, najważniejsze, że znów jesteśmy razem. Pocałował mnie w policzek i zaczął opowiadać:
-Wiesz, że nie za dobrze mówię po polsku...
-No...?
- Na początku trochę bałem się wejść do środka i zdobyć kilka informacji, ale w końcu odważyłem się. I powiedziałem coś w stylu:
-"Ktoś pomagać ja?"
Wybuchnęłam śmiechem, bo byłam zauroczona znajomością języka Polskiego przez mojego przyszłego męża. On uśmiechnął się szeroko i celowo szturchnął mnie łokciem.
-No, kontynuuj.
-Więc... Powiedziałem to polskie zdanie i podszedł do mnie jakiś facet. Okazało się, że jest Anglikiem i też wraca do domu z pracy! Co z zbieg okoliczności, prawda!?
-Serio? To fajnie!
-Chodź przedstawię ci go.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz